Joginiczne piekło

Halu! Sat nam!

Dziś o tym, czym się różni joginiczne piekło od piekła nie-joginek i nie-joginów.

Piekła nie ma! Ale udawajmy przez chwilę, że jest, żebym wam mogła opowiedzieć, jakie by było gdyby było.

Mam pracę, w którą czasem trudno wpasować joginkę.

Nie dalej niż w ubiegłym tygodniu zdecydowałam się napisać służbowego mejla, w którym skłamałam (satja!), ponieważ tak było najłatwiej, a dzięki temu reszta zespołu miała czas dalej działać.

Takie sytuacje zdarzają mi się już teraz bardzo bardzo rzadko ale odkąd praktykuję jogę to zawsze jestem ich świadoma.

Po wysłaniu tegoż mejla zażartowałam, że „za to kłamanie pójdę do joginicznego piekła” i kolega (nie-jogin) zapytał, czy to joginiczne piekło jest gorsze od zwykłego piekła.

Temat do dziś pozostaje otwarty, ale z burzliwej dyskusji wyszła nam charakterystyka porównawcza.

Zwykłe piekło, do którego za niedobre uczynki idą ludzie, którzy te uczynki popełniają, różni się od piekła joginicznego, do którego idą istoty postępujące w sprzeczności z jogą.

Podczas dyskusji udało nam się ustalić, że jedyną cechą wspólną dla obu piekieł jest koncept piekła w ogóle – otóż bez względu na to czy piekło opisywała osoba praktykująca jogę czy taka, która o jodze tylko słyszała, dla obojga piekło było miejscem, w którym doświadczać będą kary „skrojonej na miarę”, czyli takiej, która odzwierciedla ich największe lęki.

Biorąc pod uwagę doznania ciała i jego zmysłów, dla joginki w piekle było raz duszno a raz gorąco, czasem głośno a czasem przerażająco cicho, bardzo ciemno albo bardzo jasno, była ciągle głodna albo ciągle objedzona, podczas gdy nie-jogin znalazł się w kotle gorącej, śmierdzącej smoły i na wielkim telebimie oglądał horror o tym jak jego piękna żona ułożyła sobie życie bez niego.

Od razu widać, że joginka była w gorszej sytuacji, bo odbierała każdy bodziec od razu, a skrajność doznań uznawała za szczególną niedogodność, zaś nie-jogin wielu aspektów swego piekła po prostu nie dostrzegł.

Z drugiej strony, gdy jedna tortura przechodziła w kolejną, joginka cierpiała tylko aktualne katusze, a nie-jogin oprócz dodatkowych niewygód rozpamiętywał to co widział na telebimie cztery tortury wcześniej (co w czasie piekielnym oznaczało jakieś cztery tysiące lat). W przypadku joginki tortury były zmieniane częściej, bo dość szybko je akceptowała więc przestawały być torturami zaś nie-joginowi dorzucano do pieca tylko co jakiś czas, bo długo walczył z każdą nową męczarnią.

Różniło ich także to, o czym marzyli – joginka chciała tylko stanąć na swojej pomarańczowej macie a nie-jogin marzył głównie o kartoflach i schabowym.

Joginiczne piekło nie dorównuje zwykłemu pod żadnym względem. Ale joginiczne piekło się kiedyś skończy i joginka o tym wie i pamięta, zaś nie-jogin twierdził, że spędzi w nim prawdziwie przykrą wieczność.

I to bez fejsbuka!

Dobrze, że piekła nie ma! Bodzia idzie! (Nie do piekła). Namaste.

PS. Jeśli chcesz wiedzieć jakie byłoby twoje joginiczne piekło – zacznij praktykować jogę.