Nie przeszkadzają mi otwarte szuflady

Sat nam! Wspaniale, że tu jesteś.

Dziś przez chwilę o zachowaniach kompulsywnych.

Gdy sobie przypomnę litanię rzeczy, które musiałam sprawdzić, zrobić lub poprawić każdego dnia, to czuję po kolei: przerażenie, zdumienie, szok, niedowierzanie, rozbawienie, błogość.

Pozmywane musiałam mieć. Widelce i noże w jednej przegródce, łyżki i łyżeczki w drugiej. Zlew wyszorowany, resztki z odpływu wyrzucone, gąbeczka wypłukana, płytki wytarte do sucha.

Buty ustawione równo, prawy po prawej, lewy po lewej stronie. Nigdy nie miałam butów z różnych par postawionych obok siebie. NIGDY. Zawału bym chyba wtedy dostała.

Pasta do zębów oczywiście zakręcona a szampon zamknięty.

Drzwi zakluczowane na maksymalną ilość obrotów i wszystkie zamki.

Ważyłam się kilkanaście razy dziennie. Wagę miałam literalnie w przejściu do łóżka, żeby musieć na nią wejść.

Czasem wstawałam z łóżka, żeby po ciemku domknąć zamkniętą lodówkę.

Zawsze wracałam do wyłączonego żelazka, żeby sprawdzić czy jest wyłączone. I do drzwi po wyjściu z domu, żeby zobaczyć czy „się zamknęły”. Nie chodzi o to, że nie pamiętałam czy wyłączyłam żelazko i zamknęłam drzwi. Nie wiem o co mi chodziło – może myślałam, że żelazko się samo włączy a drzwi otworzą? Don’t ask.

Sprawdzałam czy WSZYSTKIE szafy i szuflady są zamknięte. Dopychałam, dociągałam i domykałam nawet jak były.

Przeraża mnie ile czasu jaką straciłam na to wszystko.

Dziwię się do dziś skąd mi się wzięło tak silne poczucie przymusu kontroli i braku zaufania do tego co robię. Nie rozumiem dlaczego musiałam kilka razy sprawdzić coś co wiedziałam, że jest zrobione.

Szok – ja chyba byłam chora psychiczne!

Nie wierzę, że nie mogłam zasnąć dopóki nie poszłam sprawdzić czy pasta do zębów jest zakręcona. Zmuszałam się, próbowałam ale sen nie przychodził i musiałam wstać i zobaczyć tę cholerną nakrętkę przytwierdzoną szczelnie na tubce. How crazy is that?

Teraz mogę sobie bez trudu wyprojektować w głowie historyjkę, w której siedzę z lampką wina i opowiadam mojemu imaginary friend „a pamiętasz jak się spóźniłam do pracy, bo wracałam spod bloku żeby zobaczyć, że sznur od żelazka dalej leży odłączony od gniazdka”. W mojej historyjce śmiejemy się z tego do rozpuku. I już nie jest mi wstyd, że byłam uzależniona i terroryzowałam innych swoimi zachowaniami.

Jak to cudownie, że już nie muszę tego wszystkiego robić. Niektóre z wymienionych zachowań mi pozostały (segregacja sztućców czy pociągnięcie za klamkę drzwi wejściowych), ale pełnią rolę pożytecznych przyzwyczajeń a nie przymusu, który dyktował rytm mojego życia.

Kompulsje sprawiają, że życie jest nudne.

Apropos nudy – do znudzenia będę powtarzać, że joga ci wszystko uleczy. Zachowania kompulsywne też. Z łatwością.

Gdy jogujesz, uczysz się obserwować i odpuszczać.

Zrób na przykład taką paschimottanasanę czyli prosty skłon do przodu w siadzie. Wspaniale relaksuje i rozciąga a prawidłowy proces pogłębiania tej pozycji daje natychmiastowe efekty i uczy odpuszczania napięć. A czymże innym są kompulsje (i fobie) jeśli nie napięciami do granic rozsądku.

Gdy już siedzisz i masz nogi przed sobą a plecy proste, zrób głęboki wdech i pochyl się do przodu. Złap tam gdzie możesz – kolana, łydki, duże paluchy, zewnętrzne krawędzie stóp. Daj sobie sporo czasu na osiągnięcie kolejnych punktów w skłonie zanim zapleciesz dłonie za stopami. Z wdechem prostuj i wyciągaj kręgosłup, a z wydechem nieco pogłębiaj pozycję. Odpuszczaj napięcie – to naprawdę kluczowa sprawa. Trzymaj tylko tyle mięśni żeby kręgosłup i nogi były proste. Oddech prowadź równo i koniecznie bez wysiłku. Jeśli dyszysz, ciężko wzdychasz albo jęczysz z wykrzywioną twarzą to znaczy, że zbyt wcześnie jesteś za daleko w pozycji. Ciało tego nie chce. Wróć. Uważaj na to co się dzieje.

Gdy będziesz odpuszczać z wydechem tyle napięcia aby nie stracić płynności oddechu, ciało samo będzie opadało coraz niżej.

Tak chyba było z moimi zachowaniami kompulsywnymi – obserwowałam je najpierw i dalej się im poddawałam, bo każda próba wyjścia z błędnego koła przymusowych zachowań powodowała we mnie dodatkowe napięcia – to ta faza jęczenia i konieczności cofnięcia się aby wyrównać oddech. Bo chciałam wszystko od razu naprawić. W jakiś magiczny sposób przenieść się do świata, gdzie nie istnieje problem otwartych szuflad. Ale nie można pominąć procesu. 

Moim procesem było odpuszczanie małymi kroczkami. Może tylko spojrzę dziś że lodówka zamknięta. Może nie poprzekładam u kogoś w domu łyżeczek oddzielnie od widelców. Potem byłam coraz odważniejsza i kreatywna – nie kupiłam nowych baterii do wagi od razu, mówiłam zalotnym głosem w stronę łazienki „hej, pasta, ależ ty jesteś zakręcona”.

Nim się zorientowałam, sięgałam dłońmi daleko za stopy :)

paschimottanasana

Namaste. Bodzia idzie – do widzenia.

Dodaj komentarz