Własną dupą nie zarządzisz

Halu! Mówi się!

Dziś wspomnienie z pierwszej lekcji zarządzania, którą dostałam od koleżanki ze studiów.

To był chyba jakiś dwutysięczny rok. Chciałam się gdzieś zatrudnić w czasie studiów, żeby nie musieć na rurce tańczyć, więc nieporadnie tworzyłam swoje pierwsze cv.

Moja, na ten czas, najlepsza koleżanka ze studiów, Patrycja, przyszła żeby oddać mi pierwszą część „Władcy Pierścieni”. Chciała pożyczyć drugą część, ale ją okłamałam, że nie mam, że wywiozłam do domu i już nie przywiozę, a tak naprawdę to zdecydowałam, że jej nie pożyczę, bo pierwszą oddała mi w opłakanym stanie. Jasne, że przepraszała, ale ja wtedy tak łatwo nie wybaczałam, a co moje to święte było. Dodatkowo tego Tolkiena dostałam w ramach stypendium od takiego jednego, co mi czasem fajne rzeczy kupował (i inne rzeczy fajne też mi robił), więc okłamałam ją i już (satja!).

W każdym razie ta Partycja zobaczyła, że piszę cv. Na kartce w kratkę, bo pierwszy komputer to ja miałam dopiero rok później chyba. Właściwie to nie był mój komputer tylko takiego jednego, ale miałam do niego dostęp (i do tego jednego i do komputera).

Od słowa do słowa, Patrycja, która miała wtedy jakąś tam pracę, zaczęła mi doradzać w sprawie pozyskiwania zatrudnienia, np. co wpisać w „hobby” (dałam, że lubię zbierać ołowiane żołnierzyki) albo żeby nie zakładać siatkowych rajstop na rozmowę kwalifikacyjną.

Opowiadała mi też jakie podchwytliwe pytania zadają na tych rozmowach (teraz są o tym tysiące poradników i można się na rozmowę najzwyczajniej w świecie obryć).

Ją np. raz zapytali jak zarządzi siecią dostawczą złożoną z trzech facetów rozwożących pizzę rowerami.

Ponieważ Patrycja miała, na tamten czas, zerowe doświadczenie w zarządzaniu czymkolwiek oprócz niebieskiego papierka na jedzenie na cały tydzień (ful kasy!), to postawiła na pewność siebie i odpowiedziała, że na pewno sobie poradzi, bo wszystkim w życiu można zarządzić oprócz własnej dupy. „Dupą nie zarządzisz, jak ci się chce… kupę, to musisz iść i koniec” – perorowała niezrażona milczeniem rekruterów (a ten trzykropek to po to, aby wyrazić moje przekonanie, że na pewno się tu zawahała, czy użyć „kupę” czy „srać”).

I wiecie, ja to sobie strasznie wtedy wzięłam do serca! Jaka to piękna i prosta filozofia życiowa.

Na wszystko masz wpływ oprócz tego, na co nie masz wpływu. A na co nie masz wpływu to się tym nie przejmuj.

Tymczasem. Bodzia idzie!

PS. Jak już szłam na rozmowę, to każdy rekruter pamiętał z mojego cv właśnie te ołowiane żołnierzyki.

Dodaj komentarz